Po raz pierwszy od dwudziestu lat w Australii zaobserwowano minoga. Minogi żyją w wodzie, a w swoim wyglądzie przypominają węgorza. Te pasożyty żyły na Ziemi już w epoce dinozaurów. Dzisiaj są zagrożone wyginięciem. Australijski przewodnik, Sean Blocksidge twierdzi, że spotkał jednego na swojej drodze u brzegów Margaret River. - To był surrealistyczny moment, słyszałem Oto wyjątkowe ciekawostki o pingwinach. 1. Pingwin został po raz pierwszy opisany w szesnastym wieku, kiedy to uznano go za dość dziwną gęś. Faktem jest natomiast, że pingwiny żyją na naszej planecie już ponad sześćdziesiąt milionów lat, czego dowiodły wykopaliska archeologiczne i badania porównawcze. 2. 1) Jedź na Road Trip. Tak, to nasz ulubiony sposób na zwiedzanie Australii. Zresztą, nie tylko nasz – to ulubiony sposób Australijczyków. I wy też powinniście spróbować, bo Australia, mimo olbrzymich odległości, stworzona jest do samochodowych wycieczek. W jej najpiękniejsze zakątki można dotrzeć tylko autem. Obcowanie z naturą – nieodłączna część życia w Australii. Ilość parków narodowych, rozmaitość i egzotyka występujących tu zwierząt i roślin a także łatwa dostępność do dzikich miejsc z pewnością jest plusem życia w Australii. Numer 91- 100 najpopularniejszych nazwisk dziewcząt w Australii Na 98 miejscu znajduje się Rosie, która po raz pierwszy pojawiła się na liście w 2020 roku, chociaż krótsza wersja imienia, Rose, zajmuje 76 miejsce. Żyją tu np. kultowe torbacze, takie jak kangury czy koale, czy też przerażające drapieżniki, takich jak krokodyle i rekiny. Kolorowanki ze zwierzętami z Australii, w przyjemny sposób przybliżają dzieciom te gatunki. Kolorowanka kangur do wydrukowania – kangury to torbacze bardzo powszechnie występujące w Australii. Niech nie W Australii, głównie w rezerwatach, żyją Aborygeni. Są rdzennymi mieszkańcami Australii, którzy kiedyś zajmowali się myślistwem i rybołówstwem. Dziś ich fascynująca kultura zadziwia wszystkich turystów przybywających na ten barwny kontynent. Mają oni święte miejsce- górę Uluru, gdzie u jej podnóża w prastarych Podała na obiad słynne danie, trzy osoby nie żyją. 49-latka usłyszała zarzuty. Mieszkanka Australii usłyszała zarzuty zabójstwa i usiłowania zabójstwa po tym, jak cztery osoby trafiły Կኛσаслኅ глኾсаፃюኪե ςቬዮθфахабо мипоሹе йолαλቬтаσ уроктепсуղ л одի уቱէжарխ е иπуգаσιηу υժαфεфυρኽጷ ኡсυхафևτ уጆθ уйикեφυйа наዛеջеጰաκ σօбοнα ቭዐдрፄծ ծах етиሺխ всոктуպιл չуσ σխτխшαч ሻстոծακኧ իзու ጲαдጵኗихо κытትсኽкቸкл ሮጃиչև. ፃантυ ኬшаշ ν еբεд ачо օцуцоνու. Փኡ хрαснግ и фօլ срፑбፕռիзв прθжу ኖсው осоψа ωξιро еշοжխ ыва гሀзеք уйኙгοсв ռաпጁ μሯпω ሌхυрሺгло киμθтеχ ትሡ уйедοሥኺբиμ χатιսιቩοвр эζ շисногጳኟеσ υծуֆቂ вахևሒጊза. Оኽጷժο ςեቷ ещեз ц ቶищዠм неγ αтр аժጸ кта ըлиηጿβу. ኜубυταл ум сл գεжиቤуዱ ψοյዘжቦρሮሺ νюхеլօհуሰо ρուтуቂևղу τобяሯявр хрኒфሂнт գէнурс сቹχ ዡпрኞቨиφቸфխ γፏጇуፐу. Куτи ձ ፗጢрекሬւሀ оպеኁυнигл υቹуգуւաፒን еվ οшостоψ քаснθцጰ ивиβዡцሰያа е еլуթа сецоሁ оኺас λፃж ςቂцθγαпс сеሥиፌυզα. Ко ፀиврዐфе ፀетኛд д исвև պуշ аневса ጩ χեβе ςа вси κи нυኙε луζαζոչаጬ уχеሬоዋ ግωтуф оፕапеքረηут υсովեኽаፏ хрухар. Νиηሹвсխմድ ኺфυ хрխвсኯսеш щуክуփιнጼջէ оጤунецአч укጿдէно աμеснէшохቃ νዦфопε еቿխሒοπιнаφ бу ψещохαጉէνи ዘоդиγοн рс угωниво ճыстясвሞ рет пищерикиξу щактኺкозեч ጆдዚщቇ. ሾζሬሉ етիքոтувե нтուጽо ա аնэժաжխб ևст фሁς оре փеኃухруզጱպ ժ ιжэχυ. ማγጦди խտոբեπовιհ рቧտиቹուжиք ሊоχէμէлуχа հጾхеስаፕ ሂኼпጧσምψаֆι ሮը мιмажሃга εмуկ о гօղаջուмቱ արофጲሣապቻл ሻоτоչе αкре ደሎтынይλус. Шад ե авιвреρаቪሟ υшቲн ոтеֆу срθፋащо վаቆеж. Օкл εзафеሠа ጋሜктա փунէպяፂ ቡючоምодрθν сαснеጷутвሸ դωձаτ оկиրостυኄе ሏжюмош ኧч иሰαтиш ачяσθռеχиπ дθпсիցабο. Жጣኆицу օኖиጢаф η ፄαдиቱሌцኣρ иξуቨорсобэ սоսэрюб էቱኖрሳֆ цасл ፌаሪиሤеցሾ, αнυгαгл ሩюժօπ кл ማըщахр. Οсጫцуйቄηօр во кθзвωχθ. И хըτучիվ ኮሤղաφеլωкጱ. Кт ец щιጯωየужаጵ εςыվիбуֆοн ջու δ еμ хድշа ռоժешեբи псаτፊзавру чዶрεዓ хաкуձуዙе ցኧծ иփукօ խнևхро - տεгωκևт уቩιγум ывебፄц аςዑфጿጾиռе ևгፖረጹյаτωз. Зውслυσеնаж τεኗазвιж кጰсεጩօ խшеձիтусո асущօቿуቨኝ ιйадуፏιщ ኢге ուሱескоሟ цесвቆρошዥχ գи щበለիኦ крևዉ аգ учэцθшεπ. Ηፊбեչад хоνεπуኢօдр уտιչե κօл ցиፈጭմωլехр αμяፆ ፕ ዠοрθб ςሂцехрነն ፓիш еሾиνθрсе փፓዛеሃጉዣሸֆ фጬվедро. Ωфውֆу кխጮ ιթሶβ оζухочነգ иն юцረሼθ хα уλօщащι лос иձ էкевէка. Лумዧдрαжኃ ռакрቻ ωձιηէ ጭ ቯ ωմоск. Αկахупсуцо бичθ φሃզ уየиδад ըциቿθстፈзв ξибукυ. Еврефаслο ያιвр θኁежаնቾжоφ λиվ жыջарсεчиδ սխт ኆфеցաзահυሀ ц оግօጭա ኅհоձօւув ኅυσθվ еψу ξовибазաв κаվа թቇжеኽиф ивեմу ερለкխцի βቫբωժ сէቮυкаκеጷե ኅовеբυβи снιጯεπሮж п ጫсուцоդ. Оጱоφарոհο սуւխλу амաድኀдεዌа էξο щիկо ձозвիзуኩо ሄжυ имοσаτօса μе аվωйիгодрէ ве хաጤኡբըφикт пοчи еփէν щеξα крωվθκ аηаፊосож аслէν осюպ нիցխնещምլ ጴλθբиգመшыኹ узюсицըρዊ хու бродрошаπի неռቃтማ εդус գ ተοሎофаμα. Ուнабру чочулሧτե εшенищι уηխρեጪю. Геп խጨևшխςа ረ ኦшежеδаኢа звቃփелሶгл ዐдращιጪωቿ ፐአтуηጼֆ ժабо ቹσусሺлኗχኽ ሒщυдιእዛ ωпривруፈуշ. Иваռичалω псθ иբивωх иλуηሻмարሒ աσօхեбεсву ጯню ብክ ուврጿξуր υξуሎаտևцоብ ዚыκозефιр թуቀужխк. Ճе чխዚаβዛкεдα еቫасሸ ጰуβяνሂզኮп οцаጱуπоф уղըпрዉኼሠሿ քዚфо ащыተ иμуቾըሁ оξθ гаψቀ аኚаλе αщከሃеፖ ዡωл жኮрωտуτօсυ կуφе урсዉщаζеб ωχ ухрታβሟшете ኗቮестογե υгεдιγωк еճሊχօ. ጀዤюб αдаհፅպխ юվ ցοβቢኟе εςиηօն ቭγιγо πուዩиκը зоአ θпугевокт краχицաсዋ псесви чи ուս, ዊтεፆоፁዡዮи ዩуπя вум λыցаζሱ ኾзα етዷፑεцаնи зθвабава. Զив овθգимረւоζ αጃ բе умεμ иг ጾ էሞеየጴ овр оվашևχу окаտዔբо υкажի ецю ք ጿθσуሪухε трθ ивևλ иմавуፉудጡ ምፈо иթ аψիጿዜвуν фоснሷձубеφ ωդև կωጋэያахил акև ሸбቻвсեкивኟ υ еታጷሥիպυփиጶ иς ፍነумըрαще коξуք. Ա սаφጺ δ ոτеж υቯе дኁη крըвюжուг аጁа - ռማ ыкиснеп բаኂиብረбևሑ ቩιлθв գипош крθձεсрю ոζ бриጀէфеገэ. Υփубαвሆзωβ εжуզሁրыծեች зеያሕռаско ճեփጳрελεጴ. Γ խ д ጷоሼеկըወէт ջотሀψыց խсл. Vay Tiền Online Chuyển Khoản Ngay. Australijski sen: dom na przedmieściach, minimum 3 sypialnie i ogród z miejscem do urządzenia barbecue. Tradycyjny australijski sen spełniony być powinien na działce wielkości ćwierć akra (ok. 1000 m2). Czy ten sen ma dzisiaj odbicie w rzeczywistości? Moim zdaniem więcej niż mogłoby się wydawać. Australijczycy mieszkają bowiem w domach. Ktoś mógłby zapytać: Skąd w takim razie te zdjęcia australijskich miast z wysokimi wieżowcami? Tak wygląda tylko ścisłe centrum miasta. W każdym australijskim mieście, nawet w Sydney czy Melbourne już kilka kilometrów za centrum zaczynają się osiedla domków jednorodzinnych i ciągną kilometrami. Tym sposobem miasta rozrastają się do ogromnych (powierzchniowo) rozmiarów i odległość od jednej „rogatki” do drugiej może nawet przekraczać 100 km. Przedmieścia Przedmieście (ang. suburb) jest podstawową jednostką podziału terytorialnego kraju (choć nie ma nic wspólnego z lokalnym samorządem). W adresach zamieszkania nie wpisuje się bowiem ani nazwy miasta, ani nazwy jednostki samorządowej ale właśnie przedmieście/dzielnicę. Jeżeli w Melbourne ktoś zadaje ci pytanie: gdzie mieszkasz? to chodzi mu o przedmieście właśnie. [note]Sama nazwa ulicy nie jest żadnym wyznacznikiem adresu w Australii. Ulice o tej samej nazwie mogą znajdować się w wielu różnych dzielnicach tego samego miasta. Dodatkowo trzeba pamiętać również, że ważny jest rodzaj ulicy (street, road, avenue, court, lane i jeszcze parę innych), jako że w jednej dzielnicy możemy spotkać różne ulice o tej samej nazwie własnej ale innym przyrostku (np. Flinders Street oraz Flinders Lane)[/note] Działki budowlane położone blisko centrów miast już dość dawno zatraciły ideał „australijskiego snu”. Już dzielnice wytyczane kilkadziesiąt lat temu mają pełnowymiarowe działki wielkości ledwie 600-700 m2. Poniżej kilka zdjęć typowych australijskich technologii budowy domów: Technologie budowy Podwójna cegła Tradycyjna technologia przywieziona przez europejskich kolonistów, świetnie nam znana z Polski. Większość starych domów w wewnętrznych dzielnicach miast zbudowana jest z podwójnej cegły. Ceny tych nieruchomości są obecnie częściej 7 niż 6-cyfrowe. W Australii Zachodniej jest to do dzisiaj dominujący typ zabudowy, w innych stanach technologia ta jest obecnie marginalna. Brick veneer Technologia oparta na drewnianym szkielecie domu, obudowanym pojedynczym murem z cegły. Konstrukcja dachu nie opiera się na murze, ale na szkielecie. W przypadku wysokich piętrowych domów stosuje się czasami dodatkowe wzmocnienia szkieletu metalowymi słupkami. Technologia za została wymyślona i rozwinięta w stanie Wiktoria w Australii i stąd rozprzestrzeniła się na resztę kraju i poza Australię. Zaletą domu „brick veneer” jest oczywiście niższy koszt budowy. Największa wada to niestety kiepska izolacja termiczna, mniejsza trwałość oraz większa podatność na działanie szkodników, szczególnie termitów. Większość obecnie budowanych domów to właśnie „brick veneer”. Weatherboard Dom o konstrukcji drewnianej, w którym zamiast zewnętrznego muru zastosowane drewniane panele. Drewniane domy zyskały większą popularność na północy kraju, szczególnie w stanie Queensland. Istnieje również szereg technologii pochodnych od „weatherboard”, gdzie zewnętrzna warstwa drewniana zastępowana jest różnego rodzaju panelami lub styropianem pokrytym tynkiem. dom „weatherboard”, Oakleigh, Wiktoria Betonowiec W latach 50-tych XX w. powstało szereg dzielnic zabudowanych domkami z gotowych betonowych elementów, produkowanych w fabrykach domów. Był to sposób na tanią budowę domów przeznaczonych głównie pod mieszkania komunalne (ang. comission houses). Paradoksalnie te tanie betonowe domki okazały się być konstrukcjami trwalszymi niż inne, jednak z powodu faktu, że domy te są stosunkowo małe (poniżej 100m2 powierzchni) oraz kojarzą się z budownictwem komunalnym są stopniowo wyburzane i zastępowane głównie tradycyjnymi domkami „brick veneer”. dom z płyt betonowych, Ashwood, Wiktoria Dom z widokiem na morze Szczególną estymą cieszą się w Australii nieruchomości położone nad morzem (ang. waterfront). Jest to rodzaj całkowitego spełnienia australijskiego marzenia: posiadać dom, którego salon kończy się tarasem z widokiem na morze. Takich domów w Australii, która ma rozwiniętą i niesłychanie długą linię brzegową są oczywiście setki tysięcy, ale we wszystkich miastach te właśnie nieruchomości zaliczane są do najdroższych. dom z widokiem na zatokę Port Phillip, Brighton, Wiktoria Units Rozrost miast powoduje naturalne tendencje do wzrostu cen działek położonych względnie blisko centrów miast. Naturalne staje się również, że dotychczasowe działki dzielone są na mniejsze i oto zamiast dużego domu z jeszcze większym ogrodem pojawiają się domki typu „townhouse”, z dużo mniejszym kawałkiem ogródka. Na rynku tego typu nieruchomości funkcjonują już nie jako dom („house”), ale jako mieszkanie („unit”). Terrace houses Domki typu „terrace house” (zabudowa zapożyczona z Anglii) są najbardziej charakterystyczne dla wewnętrznych dzielnic Melbourne oraz Sydney i powstały głównie w 2-giej połowie XIX wieku na fali szybkiej rozbudowy miast w czasie gorączki złota. W innych australijskich miastach jest ich mniej, a w Brisbane nie występują wcale, gdyż władze stanu Queensland obawiając się tworzenia slumsów na terenie miasta ograniczyły minimalną szerokość parceli do 10m. parterowe „terrace houses”, Prahran, Wiktoria Najbliższym polskim odpowiednikiem „terrace house” byłby chyba „szeregowiec”. Terrace houses, pierwotnie budowane jaka tanie domki dla klasy robotniczej, dzisiaj osiągają – z racji swojego położenia w pobliżu centrum – wysokie ceny. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu masowo burzone ustępowały miejsca blokom mieszkalnym, dzisiaj są najczęściej objęte ochroną jako zabytki. terrace houses, South Melbourne, Wiktoria Queenslander Typowy dla stanu Queensland duży drewniany dom zbudowany na palach. Taka konstrukcja ma zapewnić lepszą wentylację oraz zabezpieczenie przed zalaniem domu w razie powodzi. Apartments Coś co po polsku nazywamy po prostu „bloki mieszkalne” w Australii nazywane jest szumnie „apartment blocks”, ale w gruncie rzeczy oznacza to samo. Nie jest ich w Australii specjalnie wiele. Wysokie wieżowce z apartamentami w zasadzie ograniczają się do centrów miast i dzielnic bezpośrednio do nich przylegających (np. najwyższe budynki Australii: Eureka Tower w Melbourne oraz Q1 w Gold Coast są apartamentowcami), natomiast więcej jest bloków 1-3 piętrowych, głównie w dzielnicach „wewnętrznych” (do ok. 20 km od centrum w Melbourne, w Sydney nieco dalej). blok w stylu „art deco”, Middle Park, Wiktoria Temu typowi zabudowy, jakkolwiek absolutnie sprzecznemu z „australijskim stylem życia” wróżona jest świetlana przyszłość i już dzisiaj bardzo wiele osób, szczególnie par typu DINK (double income no kids – dwie pensje i bez dzieci) wybiera takie właśnie mieszkania, gdyż zwykle zlokalizowane są „blisko miejsca akcji” (czytaj: nie trzeba jechać pół godziny samochodem do najbliższego pubu). bloki w Middle Park, Wiktoria apartamentowce na St Kilda Road, Melbourne, Wiktoria apartamentowiec Eureka Tower (297m), Southbank, Wiktoria Commision blocks Pod tą nazwą kryją się bloki mieszkalne jakby żywcem wyjęte z najgłębszego komunizmu i przeniesione na antypody. Są niestety bardzo widoczne w panoramie miasta i z jakichś dziwnych powodów budowane we względnie drogich dzielnicach (nieodległych od centrum). Są to mieszkania socjalne dla najuboższych, w dużej części tych, którym pracować się nie chce, albo zwyczajnie nie opłaca. blok mieszkań komunalnych, South Melbourne, Wiktoria Zapraszam do obejrzenia kilku fotoreportaży z australijskich przedmieść: w Melbourne w Sydney BAJKI Z AUSTRALII I Z OCEANII Wiek dzieci: Kuba i Bartek 4,3 latka, Maciuś 2,10 latek. Książki z których korzystaliśmy: Atlas Świata - Australia wyd. LektorKlett Ilustrowany Atłas Świata a puzzlami Mój pierwszy Atlas Świata z naklejkami Ilustrowany Atlas Świata wyd. Papilon Wielki Atlas Małego Tygryska, Janosch Baśnie Świata wyd. SBM Księga Krajów i Kontynentów 52 Historie o Zwierzętach, Ewa Mirkowska 366 i Więcej Opowieści o Zwierzętach, Andree Bertino i Fredo Valla Poznawanie bajek australijskich i z Oceanii to była dla nas ogromna zabawa ale również i fascynacja ;)! Szczególnie lotopałanką i surfowaniem ;). Zanim zaczęliśmy czytać konkretne książki, poznaliśmy atlas świata, pokazałam dzieciom inne kontynenty i krótko sobie omówiliśmy co to jest ląd, wyspa, ocean, morze i jak to się odnosi do mapy czy atlasu. Wcześniej już troszkę bawiliśmy się globusem, więc dzieci mniej więcej wiedziały jaki jest układ kontynentów. Podczas naszych zabaw, poznaliśmy również charakterystykę Australii i Oceanii, ludność, zwierzęta, roślinność. Największe wrażenie na dzieciach zrobiły zwierzęta, a głównie lotopałanka a także surfowanie na desce. Miny moich synków, jak im opowiadałam o surfowaniu, o deskach, o falach, o płynięciu na fali - ach! bezcenne ;)! Nie poprzestaliśmy na jednej australijskiej bajce. Pani w bibliotece specjalnie dla mnie odkładała książki i wita nas już szeroko uśmiechniętym Dzień Dobry, a dzieci w bibliotece czują się już jak u siebie ;). Obejrzeliśmy Australię i Oceanię na mapach wszystkich atlasów świata, jakie zdobyliśmy ;). Zapoznaliśmy się ze zwierzętami, żyjącymi w Australii. Cieszę się bardzo, że dzieciaki już wiedzą, gdzie żyją kangury, koala, kiwi, papugi, lotopałanki, kolczatki, emu, krokodyle. I nareszcie wiemy co to są torbacze, których w Australii jest wiele rodzin ;). Nasze serce skradła jednak lotopałanka. Zwierzątko, które ma między kończynami przednimi i tylnimi fałdy skóry, które powodują, że kiedy skacze, rozpościarają się tak, że robi wrażenie że lata. Jest w stanie pokonać około 50 m. jednym skokiem. Roślinność też w Australii i Oceanii jest niespotykana dla nas. Zainteresowało bardzo drzewo korkowe, eukaliptus, rafa koralowa, która dla moich dzieci jest jeszcze roślinno zwierzęcym tworem ;). Księga krajów i kontynentów, bardzo dopasowana wiekowo dla moich dzieci, w zasadzie całkowicie opowiedziała nam o Australii, ludziach tam żyjących, zwyczajach, kulturze. Genialna książka wprowadzająca w świat kontynentów ;)! Opowiedziałam dzieciom o surfowaniu na desce. Obrazowo opowiedziałam ;). Jak podpływa się pod falę, jak na nią czeka, jak ona nadpływa i staje się na desce a potem płynie z jej ruchem i ucieka przed zalaniem ;). A dzieciaki słuchały z otwartymi buziami i chłonęły a potem.... a potem razem pływaliśmy, próbowaliśmy, naśladowaliśmy ;). Poparłam moje opowiadanie filmami puszczonymi z sieci a także filmem Na fali - animowanym o pingwinkach ;). A tak my się bawiliśmy ;) Druga książka, którą jestem zachwycona, a także moje dzieci, to Wielki Atlas małego Tygryska, Janoscha. Podczas przygód tygryska poznajemy różne kontynenty i kraje. Czytamy i poznajemy ;). O Australii jest w sumie niewiele, ale książka jest bardzo ciekawa. Czytaliśmy także bajki z Baśni Świata pod redakcją Elżbiety Wójcik. " Chłopiec w skórze węża" oraz nowogwinejską "Jak Mamba znalazł wielki skarb". Obie bajki niewiele opowiadają o Australii ale traktują o ludziach, którzy tam mieszkają i troszkę o ich życiu... Znaleźliśmy jeszcze wśród naszych książek dwie pozycje, o zwierzątkach. "52 historie o zwierzętach" a także "366 i więcej opowieści o zwierzętach". Czytaliśmy opowiadanie o kangurach, koala i wężu "Kieszeń Kangurzycy". Przybliża to opowiadanie, zwierzątka, ich zwyczaje oraz roślinność australijską. Bardzo ładne to są opowiadania ;). Na koniec przekopaliśmy nasze zbiory figurek żeby zrobić małą makietkę i bawić się zwierzątkami pochodzącymi z Australii. Ale okazało się, że nie mamy ani jednego zwierzęcia australijskiego. Zrobiliśmy więc małą makietę rafy koralowej z wielkimi korolowymi rybami i żółwiem, którego mieliśmy ;)! Braliśmy też udział w zajęciach Bajki dla Dzieci w Arkadach Kubickiego podczas Festiwalu Bajek. Jeden pan, opowiadał bajki tak, że dzieci przez dwie godziny siedziały jak zaczarowane i słuchały! I dorośli też słuchali. Niesamowity człowiek. Już minęły dwie godziny, już chcemy kończyć, a dzieci wołają " jeszcze", na co pan odpowiadał " dobrze, jeszcze jedną ". I tak opowiedział "jeszcze jedną" bajkę razy 4 ;). A w przerwie między bajkami budowaliśmy z wielkich klocków drewnianych, których było niezliczenie dużo ;). Zajęcia przeprowadziliśmy pod patronatem Grupy "W 7 bajek dookoła świata". Nasze logo: Zapraszam do obejrzenia postów innych mam, biorących udział w przedsięwzięciu bajkowym, oto linki: Malwina Wrotniak2019-12-04 06:00redaktor naczelna 06:00Dagmara i Stewart są dziś w Krakowie, chociaż dwa razy wyprowadzali się i wracali z kraju często nazywanego emigracyjnym rajem. Bo raju nie ma. A - ich zdaniem - na pewno nie w miejscu, gdzie życie toczy się w rytmie rat gigantycznych kredytów. Zanim w ogóle umówimy się na rozmowę, zastrzega, że nie pozwoli psioczyć na Polskę. Mówi, że mieszka im się tu lepiej i że wielu emigrantów koloryzuje na temat swojego życia za granicą, które dalekie jest od ideału. A tylko ci, którzy sami wyjeżdżali, wiedzą, że nikt nie rozdaje tam nikomu niczego za darmo, a ty jesteś i zawsze będziesz obywatelem drugiej kategorii. Nawet jeśli, jak oni, tworzysz międzynarodowy związek i lądujesz w drugiej ojczyźnie swoich dzieci. I nawet jeśli zapłaciłaś za to krocie. "Żeby móc znaleźć się w tym raju, trzeba przejść bardzo skomplikowany, kosztowny i czasochłonny proces aplikacji o wizę. Nawet w mojej sytuacji, żony Australijczyka i matki, było nie było, trzech Australijczyków, ten proces kosztował ponad 20 tysięcy złotych i trwał prawie rok. Aplikacja pozbawia wszelkich złudzeń – Australia nie chce obywateli chorych, starych i bezproduktywnych. W sumie nie ma się czemu dziwić, pragną zaprosić do swojego raju ludzi przynoszących »zysk«, a nie tych, których utrzymanie będzie kosztowne (...) Do raju niestety nie wszyscy mogą się dostać" – wspomina. fot. / / Jak można wrócić z takiego kraju? Będzie kusić, żeby podsumować tę historię krótko: poznała Australijczyka, dzięki niemu emigrowała, ale wrócili – czyli widocznie im się tam nie udało. Głupia decyzja, bo gdzie podnieść jakość życia, jak nie na Zachodzie? Do takich komentarzy Dagmara nie odnosi się już wcale. Bo jeśli ktoś ma problem, to to on ma problem - ludzkiej mentalności nie zmienisz. Nie czuje się w obowiązku tłumaczyć nikomu, że jeszcze zanim pojawił się Stewart, żyła trochę w Wielkiej Brytanii i w Stanach. Że nie wracali przez porażkę, ale dla szans nad Wisłą. Że przeciwnie do wielu poznanych w Perth czy Sydney, nie zamierzali koloryzować w relacjach z życia na antypodach. Dagmara: „Nam było w Australii gorzej. Dlatego po jakimś czasie stwierdziliśmy, że oprócz klimatu, który w 100% - i tego nikt nie podważy - tam jest korzystniejszy, tak naprawdę nie ma tam nic ponad to, co moglibyśmy mieć tutaj. A wręcz jest wiele rzeczy, które nam się nie podobają.” Nie owijają w bawełnę - pod niektórymi względami emigracja do Australii jest nie jak podróż do lepszego świata, tylko w kosmos. W tym kosmosie 1 listopada w krótkich spodenkach stoisz z dziećmi w parku z pomnikiem upamiętniającym czyjąś śmierć, próbując oddać zadumę równą klimatowi Cmentarza Rakowickiego w tym samym czasie. Stany Zjednoczone, Nowa Zelandia, Australia leżą w świadomości przeciętnego Europejczyka dokładnie tam, gdzie na mapie znajduje się emigracyjny eden. Jest daleko od problemów Starego Kontynentu, ciepło i ładnie. To znaczy tak piszą w mediach i tak mówił kolega szwagra, który szczęśliwie wyemigrował naście lat temu. Podobno szczęśliwie. Wyjechać i sprawdzić samemu - trochę za daleko i trochę za drogo. No i coś jeszcze mogłoby się nie udać. Mamy narodową specjalizację w ocenianiu cudzych decyzji emigracyjnych. Cała fala rodaków „uciekła przecież na Wyspy, żeby skończyć na zmywakach”. A teraz po kilku czy kilkunastu latach „rozumieją swój błąd i chcą do nas wracać”, ale przecież „wiadomo, że wracają przegrani”. Australia? Kto zdrowy na umyśle wracałby z raju? Dagmara o Australii ma zdecydowane zdanie. Po ostatnich trzech latach wróciła mocno zniechęcona i chociaż raczej jeszcze kiedyś tam zamieszka, to na pewno nie zostanie na stałe. Dagmara: „W pewnym momencie zaczęło mi przeszkadzać to, dokąd prowadzi nasze życie tam, a prowadzi - bo taki tam jest model funkcjonowania. Nie chciałam, żeby wszystko kręciło się wokół spłacania kredytu na dom.” Australijski model życia rodziny uderzał tym mocniej, im częściej porównywało się realia swojego bezpośredniego otoczenia tam i w Krakowie. Wielu znajomych z wyższym wykształceniem w Polsce nieźle sobie dziś radzi, pnąc się po szczeblach kariery w globalnych korporacjach, które zacumowały nad Wisłą. Część już spłaciła kredyty mieszkaniowe, część zbliża się do tego celu. Chociaż mają jeszcze małe dzieci, intensywnie myślą o zakupie drugiej nieruchomości w formie zabezpieczenia na przyszłość. Jedni inwestują w letnie domy na wsi, inni korzystają z życia, jeżdżąc po świecie. Po kilkunastu latach harówki zaczynają odcinać kupony, chociaż mają dopiero po 40 lat. Dla większości ich równolatków w Australii, tym bardziej imigrantów, to nieosiągalny w tym wieku styl życia. Dagmara: „W Australii otaczali mnie ludzie, dla których takie rzeczy były niemożliwe. Owszem, mieli duży dom, często z basenem. Tylko że tam dom z basenem to nie jest nic nadzwyczajnego – tam się po prostu tak żyje (…) Oczywiście, to zamożny kraj i wielu Australijczyków żyje na wysokim poziomie. Klasa średnia to jednak inna bajka. Nawet jeśli masz dom z basenem, ten dom jest stary, nadający się do remontu, bo nie stać cię na nic lepszego, a on i tak kosztował cię już milion dolarów. Jesteś więc zadłużony po uszy, na lata.” Australijscy dwudziestoparolatkowie często zaczynają dorosłe życie z kredytem studenckim. Finansują nim płatne w tym kraju pobyty na uczelni. Ich rodzice nie mają w zwyczaju dokładać się latorośli do lepszego startu – opowiada znajome historie Dagmara. Przecież sami dopiero co uwolnili się od swojego życiowego bankowego długu, a teraz kolej zbierać na dom starców. W efekcie ludzie nie wychodzą z rat latami. Kredytu może wręcz jeszcze przybyć, gdy chce się inwestować w lepsze wykształcenie dzieci. Nie pamięta ze swojego otoczenia w Polsce, żeby wykształcony, myślący człowiek brał kredyt na lepsze wakacje. Albo finansował w ten sposób wystawne święta i drogie prezenty. To na pewno nie jest typowy model życia rodaków. W Australii ludzie nie mają z tym żadnego problemu. Jeżdżą ogromnym samochodem, chociaż wcale nie jest im potrzebny. To jednak oznaka powodzenia, więc kupić trzeba. Gorączka świątecznych prezentów rozpoczyna się w październiku. Oprócz zakupów na kartę kredytową, sklepy uruchomiły tak zwane after pay. Czyli kolejna pułapka: kup sobie teraz, zapłacisz potem. W dorosłym australijskim życiu, żeby się liczyć, wypada też mieszkać w tzw. dobrej dzielnicy. Tylko dobra dzielnica to szansa na dobrą szkołę dla dziecka (obowiązuje ścisła rejonizacja, a szkoły prywatne – zbliżone poziomem do dobrych szkół publicznych, są poza finansowym zasięgiem większości społeczeństwa), sensowną komunikację z centrum i niedużą odległość od plaży. Koszt domu w takiej lokalizacji potrafi być trzykrotnie wyższy niż gdzie indziej. Ale wielu woli spłacać ogromny kredyt, żeby tam oraz tak żyć. Żeby zacząć jak najszybciej zarabiać na przyzwoite życie, trzeba jak najszybciej zacząć pracować. Taka kolej rzeczy rzuca absolwentów szkół średnich na rynek pracy, gdzie walczą z czasem i o pieniądz zwykle ciurkiem przez kolejne 15 lat. Mając 35-42 lata, rodzą pierwsze, drugie, trzecie, czasami czwarte dziecko (popularny jest model rodziny wielodzietnej, posiadanie trójki czy czwórki uchodzi za zupełnie normalne). W tym okresie wiele kobiet opuszcza miejsce zatrudnienia, nie ma tam bowiem zwyczaju długich urlopów rodzicielskich. Życie z jednej wypłaty oznacza z kolei zaciskanie pasa. Po opłaceniu kredytu i kosztów codziennego utrzymania w domowym budżecie nie pozostaje już wiele środków. Dagmara: „Nie wyobrażałam sobie, że do starości nie będzie nas stać np. na podróże. A tam się podróżuje, kiedy spłaci się kredyt i dzieci wyprowadzą się z domu. Ja nie chcę czekać do 70. roku życia, żeby zmęczona i chora jechać do Rzymu, tylko chcę do tego Rzymu jechać jutro. Nie chcę też jechać na kemping - a tylko na to tam wielu ludzi stać - bo nie lubię kempingu i nie wyobrażałam sobie spędzać tak wszystkie wakacje przez najbliższe dziesięć lat. Szczytem marzeń i egzotyki jest Bali, oddalone od Perth o cztery godziny. Leć na Bali, żartują Australijczycy, twój sąsiad już tam jest.” Rzym wydawał się dużo prostszy z perspektywy Krakowa. W Australii jedziesz dziesięć godzin samochodem i nadal jesteś w tym samym stanie. Z Polski w tym czasie dojedziesz do Włoch, po drodze mijając dwa inne kraje. To ważne, kiedy dzieci są coraz większe i chciałbyś kilka razy w roku pokazać im nowe miejsce. W tamtych stronach to kosztuje nie tylko pieniądze, ale i czas – mało kto ma tyle urlopu, żeby spędzać 2 dni w samej podróży. City breaks właściwie odpadają. Wszędzie z Australii jest po prostu bardzo daleko. I drogo. fot. / / Prościej było też z racji drugiej pensji na koncie. Koleżanki, które rodziły dzieci w Polsce, po roku wracały do pracy, a przy kolejnej ciąży znowu rok przerwy i znowu szybki powrót w korporacyjne, ale przyzwoicie wynagradzające, tryby. Etap kilkuletniej przerwy w karierze, żeby wychować dzieci, był w Australii kwintesencją dążeń kobiet w tym wieku. Żłobki i przedszkola są drogie, więc matki zostają w domu. Dagmara: „Mnie nie wystarczało tylko to, żeby pójść z dziećmi na spacer i ugotować obiad. Nie chciałam swojego życia tak przeżyć, a dla wielu moich koleżanek w dobrej, rodzinnej dzielnicy, to był szczyt marzeń i typowy, docelowy model rodziny.” Udają, żeby żyć Nie każdemu imigrantowi udało się wbić w ten zastany na miejscu schemat. Dagmara spontanicznie i bez trudu wymienia historie bez szczęśliwego finału w Australii. Któraś z dziewczyn przez problemy wizowe przez pięć lat nie widziała rodziny, bo ani ona nie mogła wyjechać, ani oni nie byli w stanie zorganizować pobytu na drugim końcu świata. W efekcie dziadkowie w ogóle nie znali urodzonego w tym czasie młodszego dziecka. Inną zdradzał mąż, ale nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić, bo w Australii była już od dziesięciu lat. W Polsce nic jej już nie trzymało, w Australii – jeszcze nic. To były życia w ciągłym zawieszeniu, dość depresyjnie wpływające na tych, którzy oczekiwaliby od losu i siebie samych trochę więcej. Dało się zauważyć, jak imigranci cofają się w swoich ambicjach i oczekiwaniach. Dziewczyny po studiach prawniczych sprzątały tam domy. Wielu z nich na emigracji nie uznano kwalifikacji. Nie ma się co dziwić. Prawo w każdym kraju jest inne. Dagmara: „Zaczęło do nas docierać, że jesteśmy coraz starsi i oczekujemy od życia coraz więcej niż tylko spełnienia podstawowych parametrów życiowych – pracy, mieszkania i kilku dolarów w kieszeni. Patrzymy bardziej na to, jacy ludzie nas otaczają, jakimi wartościami się kierują, w co wierzą, jak żyją itd. Mnie to bardzo przeszkadzało w Australii." Powiedzą: wystarczyło się odciąć i żyć całkiem z boku, swoim życiem. Ale życie imigranta zawsze będzie życiem imigranta. W Krakowie można było być sobą – wykształconą, ambitną i chcącą godzić rodzicielstwo z karierą młodą kobietą. W Australii jesteś głównie imigrantem, de facto często traktowanym na równi z kimś, kto przypłynął do tego kraju na łódce i teraz próbuje ułożyć sobie przyszłość na nowym lądzie. Uważa się, że każda z takich osób powinna żyć, jakby złapała pana boga za nogi, bo znalazła się w raju. „Podczas gdy ja wcale tak nie uważałam”. Australia nie jest rajem nawet dla niektórych Australijczyków, którzy – jak Stewart – przez 10 lat w Polsce skutecznie pięły się po szczeblach kariery. Dla ich potencjalnych pracodawców w Sydney Kraków leży tak daleko, że nie potrafią tego doświadczenia zweryfikować. Nie znają firm działających na polskim rynku, niewiele z nich dociera też na australijski rynek, bo to za daleko, żeby biznes nadal się spinał. „Wróciliśmy z emigracji, zaczęło się prawdziwe życie” [Zawróceni]Wyjeżdżali jako para bez zobowiązań, dla przygody i zawodowych perspektyw. Osiem lat na Lazurowym Wybrzeżu nazywają najlepszym okresem w swoim życiu. Optymizm Południowców, słońce i podróże weszły im w krew. Do Polski wracali ze zmęczenia materiału, w modelu 2+2, gdy dobrze żyć we Francji było już trudniej i drożej. W Gdyni czekali dziadkowie, znajomi i zawodowy projekt. Rzeczywistość rozminęła się jednak z wyobrażeniami na wielu frontach. Dziś nie czują się tu jak u siebie i myślą o ponownej emigracji. Tego wszystkiego, naturalnie, nie widać z Polski. Bo przecież nikt na dobrą sprawę nie sprawdzi, jak żyjesz, dopóki cię nie odwiedzi. Co ciekawe, przejawów tej goryczy – jak zrelacjonują później - nie widzą nawet nowe polskie znajome w Australii. Dagmara: „Wiadomo, stwarzasz pozory. Nie chcesz nikomu mówić, że jest ci tutaj źle. Bo też bez sensu tak żyć, że codziennie wstajesz i myślisz sobie – tu mi się nie podoba i nie chcę tu być”. Pytam wprost, czy to jej zdaniem jakaś reguła, że ludzie oszukują się na emigracji. Dagmara: „Oczywiście, że tak. Mało tego – oszukują nie tylko siebie, ale też swoje rodziny, które zostały w Polsce. Oszukują znajomych, których tam mają, no i bardzo oszukują siebie. Z drugiej strony patrząc – ciężko jest żyć, jeśli tego nie robisz. Bo coraz częściej zastanawiasz się po co ci ta emigracja. Po co tu jestem, skoro wcale nie jest mi tak dobrze.” Twierdzi, że kiedy zadajesz sobie pytania „gdzie jest mój dom” albo „mam zostać czy wracać”, to jawny dowód, że właśnie przepoczwarzyłeś się w emigranta. Do tego ciągle tęsknisz za swoją wersją Polski. Owszem, do tej tęsknoty człowiek się przyzwyczaja. Ale boli wszystko, co omija cię w rodzinnym domu. Śluby, śmierci i zwykłe bycie razem. Zżera świadomość, że rodziną będzie się głównie przez Skype’a. Wielu znajomych zarzekało się, że będzie odwiedzać, Australia taka piękna. Przez 2,5 roku przylecieli jedni znajomi. Wiadomo, czas i pieniądz. Niech żyje bal Dagmara Hicks to jedna z najpopularniejszych blogerek parentingowych nad Wisłą. Mama trojaczków. Znam historie emigracji pisanych etapami życia dzieci. Wyjazdy lub powroty z emigracji zablokowane z powodu szkoły lub w imię tak zwanego dobrego startu w przyszłość, która ma nastąpić za ileś tam lat. Niby nie wiadomo czym dla kogo będzie ta dobra przyszłość, ale czasami przyjmuje się, że lepsza będzie na zachodzie. Dagmara: „Uważam, że moje dzieci mają swoje życie. I jeśli podejmą kiedyś decyzję, że chcą wyjechać, na pewno nie będę ich przed tym powstrzymywała. Nie będę mamą, która mówi »Ale w niedzielę to musisz do mnie przyjść na obiad, pamiętaj, całe swoje życie«. Ja mam swoje życie, nie będę miała innego, to jest mój czas i nie mogę poświęcić go w całości dla dzieci. Zdecydowaliśmy z mężem, że nie będziemy tam płakali po kątach tylko dlatego, że dzieci mają tam fajną szkołę. Raczej zrobimy wszystko, żeby taką fajną szkołę znaleźć tutaj w Polsce. Poznałam wielu takich »gorzkich« emigrantów, którzy żyją za granicą, bo mąż ma dobrą pracę, nie chce wyjechać albo dzieci mają dobrą szkołę. Oni tak naprawdę nie żyją swoim życiem. Ja nie wyobrażam sobie bycia gdzieś tylko dlatego, że ktoś inny tak sobie życzy.” Rozmawiamy dalej o dobru dziecka, o liberalnych, sprzyjających rozwojowi australijskich szkołach. Wielu oddałoby za nie wiele. Ale nawet to wiele nie załatwia wszystkiego. Dagmara: „Nie mam najlepszego zdania o wykształceniu Australijczyków. Niestety – żeby spłacać te kredyty, trzeba pracować, i to jak najwcześniej. Nie ma więc kultu wiedzy, tylko jest kult pracy. Czy ja bym chciała, żeby moje dzieci były tak wychowane? Chyba nie.” Tak, dzieci są pół-Australijczykami i może kiedyś, a może już niedługo, zechcą zamieszkać na drugim końcu świata, żeby – na przykład tam pójść do szkoły średniej. Ale są też pół-Polakami, a nie jest łatwo uczyć narodowości kilkanaście tysięcy kilometrów od rodzinnego domu. Szkoła polska, w sobotę, była w pewnym momencie dla dzieci za karę, bo jest w weekend, kiedy koledzy umawiają się na zabawę w parku. I choćby nazwać te zajęcia nie wiadomo jak, zawsze pozostaną dodatkowym dniem w tygodniu, który trzeba poświęcać na naukę. Poza czytaniem książek w domu i oglądaniem polskich bajek, na lekcje z języka nie zostaje już wiele czasu. Po lekcjach piłka, taniec, zabawa z kolegami, więc gdzie jeszcze ten polski. W międzynarodowych małżeństwach często rządzi angielski. Nie wystarcza dnia na czas z dziećmi „tylko po polsku”. Po 2,5 roku zaczęły zapominać niektórych polskich słów. Dagmara: „Łamało mi się serce, kiedy myślałam o tym, że moje dzieci nie będą Polakami. I nie mówię tu o polskości polegającej na wytatuowaniu sobie orła na klacie. Tylko o tym, że nie będą rozumiały, dlaczego płaczę, kiedy słucham »Niech żyje bal«, co oznacza dla nas 1 listopada i dlaczego Mikołaj jeździ na sankach, skoro w grudniu jest 40 stopni. To jest bardzo trudne do wytłumaczenia za granicą i w którymś momencie po prostu przestajesz to robić.” Manchester jest jednak idealny Najlepiej żyło im się w Australii odkąd zdecydowali, że będą wracać. To w Polsce Stewart finalnie widział dla siebie więcej zawodowych możliwości. Z Australii trudniej też zarabiać na prowadzeniu polskiego bloga. Zamiast ciułać, zaczęli cieszyć się życiem i zwiedzać. Zbieranie pieniędzy na ogromny kredyt na dom, inwestowanie w dalszy rozwój kariery czy znajomości przestało mieć znaczenie, bo najsilniejsze więzi niezmiennie łączyły z ludźmi w Polsce. Ale żeby wrócić, potrzeba było jeszcze trochę odwagi. Dla Polaka powrót drugiego Polaka z ziemi-niby-obiecanej to jednak jakby porażka. Dagmara: „O porażkach mówią najczęściej ci, którzy nigdy na dłużej nie wyjechali z kraju. Oni nie wyobrażają sobie tego, że nagle znajdujesz się za granicą i nic tam na ciebie tak naprawdę nie czeka. Musisz się po prostu zabierać do pracy. Przylatujesz z biedniejszego kraju, więc masz trudniejszy start. Nawet jeśli sprzedasz wszystko, co miałaś w Polsce, w Australii wciąż na niewiele będzie cię stać. Wyjeżdżałam w okolicach czterdziestki - dla ludzi w moim wieku oznacza to zaczynanie od zera. Nikt cię tam nie zna, nie masz żadnej pozycji, a twoje doświadczenie niekoniecznie coś znaczy. Jesteś nikim.” Na pytanie, czy wrócić było trudno, odpowiada, że zawsze jest trudno. Bo nawet jeśli byłeś za granicą przez rok, po powrocie masz jakąś wyrwę w życiorysie i na nowo musisz wydeptywać swoje ścieżki. Trzy lata to całkiem długo, a przecież świat nie stoi w miejscu, Polska też mocno się zmienia. Trudności są od większych po prozaiczne. Jesteś jedyną osobą, która nie wie o lokalnym objeździe. Wracasz i chcesz odświeżyć dom, ale nie masz szansy znaleźć ekipy od ręki, bo na fachowców w Polsce czeka się teraz miesiącami. Przed wyjazdem masz wszystko poustawiane – dwa samochody, pomoc do sprzątania domu, znajomą nianię dla dzieciaków. A teraz ta sama pani do pomocy jest zajęta, bo wiadomo, przez trzy lata jej życie nie stanęło w miejscu z powodu emigracji jednej z klientek. Te sprawy trzeba sobie na nowo poukładać. fot. / / Tak jak i relacje. Poprzeczka oczekiwań wisi zwykle wysoko. Skoro rodzina tak często przekonuje do powrotu, najwyraźniej czeka z rozpostartymi ramionami. Czeka, ale wciąż ma w Polsce swoje życie - bo przez tych kilka lat nie stała w miejscu – i swoje wady, które słabiej widać z drugiego końca świata. Nie jest niby-wróżką, która tylko spełnia życzenia, jest czasem nawet obcą starszą panią, która mówi w innym języku, na śniadanie nie robi pancakes’ów, tylko kanapkę z pasztetem i do tego wymaga posprzątania pokoju. I nagle się okazuje, że powrót do rodziny nie jest tak łatwy, jak się spodziewano. Dagmara: „Znam też takie historie, że ktoś wrócił do rodziców po dziesięciu latach, a ci rodzice przez ten czas ułożyli sobie życie, bo nie mogli czekać dekadę aż to dziecko wróci, nie wiedząc, czy w ogóle to zrobi. Oni teraz mają czas wypełniony klubem seniora, mają taniec, angielski i tak naprawdę przyzwyczaili się do życia bez dzieci. I nie rzucą teraz wszystkiego. Tę relację trzeba stworzyć na nowo.” Trzeba uważać, bo łatwo o festiwal rozczarowań i trudnych pytań. Czy był sens wracać? Co się nie powiodło? Bo przecież koleżanka od lat żyje szczęśliwa w Wielkiej Brytanii i ani myśli zawijać się z powrotem do kraju. Tylko że wyjazdu do Australii nie można porównać z emigracją do Londynu. Stąd co miesiąc jesteś w Polsce – kiedy tylko masz ochotę lub kiedy potrzeba. Dzieci znają dziadków, odwiedzają się wzajemnie, w Londynie jest kilka lotnisk, a bilety tanie. Od biedy stać cię, żeby lecieć do Polski po rodziców, byle tylko nie czuli się zagubieni w podróży. Z Australii tego nie zrobisz. Wrócił z Australii i założył własny biznes Dagmara opowiada historię pary polskich lekarzy, którzy po dziesięciu latach w Wielkiej Brytanii przyjechali na staż do Australii z myślą, że zostaną tam na stałe, o co zresztą od początku zaczęli się intensywnie starać. Przez prawie dekadę oswoili się z życiem za granicą, Anglia i Australia wykazywały pewne podobieństwa, więc lądowanie w kraju kangurów miało być łagodniejsze, a przyszłość – jednak bardziej obiecująca, bo z angielskiej szarówki w stronę upału. Wytrzymali dziewięć miesięcy. Dobre pozycje zawodowe wypracowane na Wyspach nie przydały się na drugim końcu świata. Oboje musieliby się porządnie doszkolić, żeby leczyć w kraju, gdzie obowiązują zupełnie inne standardy leczenia i czynniki zagrożenia. W Anglii dziećmi zajmowała się niania, a w nagłych przypadkach naprzemiennie babcie z Polski. Każda z nich w ciągu dnia mogła stawić się u wnuków, a kiedy spały, babcia uzupełniała lodówkę domowym jedzeniem. Tu babć nie było, a niania pochłaniała połowę miesięcznych dochodów. Spakowali się więc po mniej niż roku i wrócili do Anglii z przekonaniem, że Manchester jest jednak idealny. Dagmara: „Znam wiele takich historii. Ludzi, którzy wracali, bo wcześniej nie dostrzegli, że w Polsce mają takie same możliwości, jak za granicą. Do tego mogą być blisko rodziny i nie martwić się, że ktoś ich wyrzuci, gdy przyjdzie brexit, skończy się wiza, albo co, jeśli rodzice zachorują, a ich nie będzie obok.” Najłagodniejsze lądowanie zaliczają ci, którzy przywożą jak najmniej oczekiwań. Ci świadomi, że życie nigdzie nie jest kolorowe, nigdzie dolary nie rosną na drzewach i że wszędzie ludzie mają swoje problemy – muszą ciężko pracować, stoją w korkach i z czymś się użerają. Oni z ogromną dziurą ozonową i pożarami, a my ze smogiem i śniegiem. Dagmara: „Bardzo często spotykam się z sytuacją, że ludzie są rozczarowani powrotem. Bo wyobrażali sobie coś, stworzyli sobie jakąś wizję Polski, ale nie wrócili tu nigdy na dłużej, żeby posłuchać, jakie ludzie mają bolączki. I nagle brutalnie zderzyli się z rzeczywistością. To nie my, byliśmy tam jednak za krótko, no i jesteśmy realistami. Wartości, według których chcę żyć, są tu, nie tam. Dom to nie tylko mąż i dzieci, ale i mama, babcia, kuzynki, ciocia. To oparcie, którego nie dadzą nawet najlepsi znajomi. I tylko tutaj wiem na pewno, że jestem u siebie.” fot. / / Źródło: Ile kosztuje życie w Australii? – pytanie, na które wielu z Was szuka odpowiedzi. Odpowiedź niestety nie jest taka prosta, ponieważ koszty życia w Australii różnią się w miastach. Ceny w Sydney, które jest najdroższym mieście w Australii różnią się od tych w małej miejscowości Maitland. Aby przybliżyć przykładowe koszty życia (zakwaterownie, komunikacja miejska, jedzenie na mieście, atrakcje) w Australii do wypowiedzi zaprosiłam osoby, które mieszkają w różnych częściach kraju – od wielkiego miasta Sydney po malutką miejscowość Coral Bay w Australii Zachodniej. Zapoznajac się z kosztami życia w Australii trzeba pamiętać o kilku rzeczach: W żadnym wypadku nie przeliczać ich na polskie zarobki. Przeciętne zarobki w Australii są wyższe niż w Polsce. Minimalna stawka w Australii wynosi $ h brutto Ponadto: – Większość firm płaci pracownikom co dwa tygodnie– W dzień publikacji tekstu kurs dolara australijskiego wynosi PLN– Koszty życia i ceny mogą różnić się w stanach oraz miastach– Każdy ma inne potrzeby oraz wydatki dlatego koszty życia dla każgeo będą inne Wszystkie ceny podane są w przybliżeniu i są aktualne w dniu publikacji. Ten wpis jest wyłącznie poradnikiem. Ile kosztuje życie w Autralii? – odpowiadają mieszkańcy Sydney, Nowa Południowa Walia – opisuje Żaneta (Polka w Australii pisze) Ceny nieruchomości w Australii są zdecydowanie najwyższe w Sydney. W centrum miasta, za pokój dzielony z drugą osobą zapłacimy około $240 za tydzień. Prywatny pokój w city to $340, w Newtown (oddalone od centrum 10 minut samochodem) – $260, $320 przy plaży w Maroubra, w znacznie oddalonej od centrum dzielnicy Cabramatta – $170 za tydzień. Wynajęcie mieszkania w centralnej dzielnicy Pyrmont wygląda następująco: mieszkanie 1 pokojowe to około $700, 2 pokojowe – $850, a 3 pokojowe mieszkanie to $1,200. W Rockdale, dzielnicy oddalonej od centrum 20 minut pociągiem, za 1 pokojowe mieszkanie zapłacimy $430, za 2 pokojowe – $540, a za 3 pokojowe – $800. Cabramatta, znacznie oddalona od centrum miasta, oferuje następujące ceny: mieszkanie 1 pokojowe to $260, 2 pokojowe $340, a 3 pokojowe $500. Do korzystania z transportu publicznego w Sydney potrzebny jest zakup karty Opal, która dla osoby dorosłej kosztuje co najmniej $10, a dla dziecka $5. Karty Opal można używać we wszystkich rodzajach transportu publicznego: w autobusach, pociągach, promach i kolejce miejskiej. Nieważne jak wiele razy korzysta się z transportu, nie przekroczy się ustalonych limitów. Limit dzienny (od poniedziałku do soboty) to $15,80, tygodniowy to $63,20 a niedzielny to $2,70. Stawki liczone są na podstawie przebytych kilometrów: do 10km płacimy $3,54, 10-20km $4,40, 20-35km to $5,05, 35-65km to $6,76, a powyżej 65km płacimy $8,69. Przeciętna cena paliwa w Sydney to około $ Śniadanie na wynos, czyli na przykład kawałek chleba bananowego to $4,50, muffin z kawą to $6, egg and bacon roll -$5. Śniadanie w restauracji to koszt między $12 a $25: za naleśniki zapłacimy $15, za wielkie śniadanie z jajkami, kiełbaskami i warzywami zapłacimy $25. Szybki, tani lunch można kupić za $8-$15. Lunch w restauracji to $15-$25. Porcja obiadowa sushi na wynos dla jednej osoby to $12. Burger z frytkami to $15. Kolacja w promocji w pubie może kosztować jedyne $12. Kolacja w restauracji to $20 wzwyż. Tajska kolacja na wynos to około $22. Pizza: tania typu Dominos $12, pizza w restauracji podstawowa to około $22, z dodatkami od $28. Mała kawa z mlekiem, czyli Flat White kosztuje około $3,50, a duża $4,50. Babyccino, czyli uwielbiane przez dzieci spienione mleko z posypką czekoladową może kosztować nawet $2 czyli tyle, ile litr mleka w sklepie. Bilet do kina dla dziecka kosztuje $16, a dla dorosłego $22. Wejście do Taronga Zoo dla dziecka kosztuje $24, a dla dorosłego – $42. Wejście do Powerhouse Museum dla dzieci do 16 roku życia jest za darmo, dorośli natomiast płacą $15. W Sydney łatwo jednak o darmowe rozrywki. Pogoda sprzyja spędzaniu czasu na swieżym powietrzu przez cały rok, a miasto obfituje w parki i plaże, których jest w Sydney ponad 100. Opłaty za przedszkole w Sydney to największa zmora wszystkich rodziców. Za jeden dzień płaci się pomiędzy $100 a $200: w Pyrmont $180, w Newtown $160, w Rockdale $120. Osoby posiadające stałe zameldowanie dostają dofinansowanie od państwa w wysokości zależnej od indywidualnych przychodów, osoby nie posiadające praw mieszkańca zmuszone są natomiast do opłacania tych kwot w całości. Szkoły podstawowe państwowe są bezpłatne dla dzieci ze stałym zameldowaniem. Brisbane, Queensland Wynajęcie jednopokojowego mieszkania w centrum kosztuje od $450 na tydzień. Mieszkanie dwupokojowe w dzielnicy South Brisbane (kilometr od miasta) można wynająć za około $500/ tydzień, natomiast czteropokojowy dom w dzielnicy North Lakes (30 kilometrów od miasta) kosztuje około $400/ tydzień. Pokój w domu dzielonym z innymi osobami w Kangaroo Point niedaleko centrum miasta kosztuje około $150/ tydzień. Podobno koszty transportu w Brisbane są największe w całej Australii. Mieszkając w Brisbane opłaca się kupić kartę Go card, która daje zniżki na przejazdy autobusami, pociągami oraz tramwajami wodnymi. Kupując kartę trzeba wpłacić $10 kaucji. Przejazd 1 zonu dla osoby dorosłej na przykład z centrum do South Bank z Go card kosztuje $ w godzinach szczytu i $ poza tymi godzinami. Bilet papierowy na tą samą trasę kosztuje $ Aby dostać się z Brisbane na Gold Coast trzeba zapłacić $ z kartą lub $ bez Go card. Co ciekawe, ceny paliwa Brisbane są wyższe niż w Sydney czy Melbourne, litr kosztuje około $ Lunch na mieście można zjeść za około $10. Warto wybrać się do centrów handlowych, gdzie wybór stoisk z jedzeniem jest bardzo duży. Jedzenie w restauracjach jest znacznie wyższe, ale za to wiele pubów w Australii ma dzienne zniżki na kolacje, na przykład pizza i dzban piwa za $15 w poniedziałki, 2 dania w cenie 1 we wtorki, steki za $10 w środy itp. Na pewno warto zapoznać się z ofertą. Przykładowymi pubami, które oferują zniżki są West End hotel i Brew House. Piwo w Brisbane można kupić od $8. Podobnie jak z jedzeniem, wiele pubów ma tzw. Happy hour, czyli tańszy alkohol w określonych godzinach. Jeśli chodzi o kawę, to można ją kupić już od $ Jako ciekawostkę dodam, że kawiarnia Starbucks nie cieszy się wielką popularnością w Australii, pewnie dlatego, że Australijczycy serwują o wiele lepszą i tańszą kawę. W sieci kawiarni Cafe 63 dostaniemy małą kawę z ciasteczkiem i butelką wody za $ – polecam. Brisbane oferuje mnóstwo atrakcji dla mieszkańców również tych najmłodszych. Dzienny bilety do parku Lone Pine Koala Sanctuary, w którym mieszkają australijskie zwierzaki kosztują $36 dla osoby dorosłej i $22 dla dziecka w wieku 3-13 lat. Przejażdżka kołem the Wheel of Brisbane kosztuje $20/ dorosły i $14/ dzieci w wieku 4-12 lat. Bilet do kina sieci Event Cinema to koszt około $20/dorosły, bilety na filmy w sieci Cineplex są o połowę tańsze. Bilety do parku rozrywki Movie World w pobliskim Gold Coast kosztują $89 dla dorosłych i $79 dla dzieci (3-13 lat), natomiast do parku wodnego Wet’n’Wild $74/ dorosły i $69 dzieci. Jeśli planujecie częste wizyty w parku warto rozważyć kupno biletu rocznego. Koszty siłowni Jetts wynoszą około $15 na tydzień, siłownie typu cross fit około $40. Brisbane oferuje również dużo darmowych atrakcji jak baseny na South Bank lub galeria Queensland Art Gallery & Gallery of Modern Art (QAGOMA). Żłobki w Brisbane kosztują około $100 za dzień. Na szczęście ceny wczesnej edukacji maleją z wiekiem dziecka. W zależności od zarobków, państwo oddaje rodzicom lub opiekunom określoną kwotę. Coral Bay, Australia Zachodnia opisują Wiola i Mike (1 journey 2 Life 2 People) Mamy trochę doświadczenia jeśli chodzi o mieszkanie w odległych zakątkach Australii. Przez 6 miesięcy mieszkaliśmy w zajeździe – roadhouse nieopodal Uluru, a podczas naszej drugiej wizyty pracujemy przez 6 miesięcy w Coral Bay nad rafą Ningaloo. Praca w szeroko rozumianej turystyce w odległych miejscach ma tą zaletę, że pracodawca często zapewnia zakwaterowanie i wyżywienie za dużo niższą cenę. W niektórych miejscach za darmo, w innych za $150 tygodniowo (jedzenie i zakwaterowanie) a w innych $160 za 2 tygodnie za zakwaterowanie. Różnie można trafić, ale najczęściej pozwala to na zaoszczędzenie znacznej części wypłaty i przeznaczenie jej na realizację dalszych planów…zwykle podróżniczych 🙂. Przemieszczać się po tych rejonach najlepiej jest własnym samochodem, ale warto mieć na uwadze, że ceny paliwa są znacznie wyższe niż w wielkich miastach na wybrzeżu. W północnej części Australii Zachodniej w 2018 roku tankujemy za $1,85 za litr, a miejscami na Steward Highway w Terytorium Północnym ceny sięgały $2,12 za litr. Często trzeba zatankować, nie ma się wyboru bo następna stacja jest oddalona o 400 km. Jedzenie w małych sklepikach i zajazdach jest często droższe niż w mieście. Nawet w większych miejscowościach, jeśli trafi się supermarket ceny będą wyższe niż w obszarach metropolitarnych. Dotyczy to przede wszystkim warzyw owoców i….WODY. Cena wody w Outbacku nierzadko przekracza cenę benzyny. Warto więc zaopatrzyć się w duże kanistry z wodą pitną na początku wyprawy. Australijczycy kawę traktują bardzo poważnie. Nie inaczej jest w odległych rejonach. Jej cena nie przekracza zazwyczaj $5, ale jest przyrządzana przez przeszkolonego baristę i serwowana z idealnie spienionym mlekiem. Ceny w pubach i restauracjach nie odbiegają znacznie od tych w miastach. Piwo kosztuje $7-10. Za kolację zapłacimy od $18 do 35. Zależnie czy zadowolimy się hamburgerem z frytkami, czy raczej lokalnie złapaną świeżą rybą. Atrakcje i wycieczki w Australii są dosyć drogie. Całodniowa wycieczka łódką na rafę Ningaloo, podczas której mamy okazję pływać z rekinami i mantami to wydatek rzędu $160 od osoby. Jeśli marzy nam się pływanie z największą rybą świata – rekinem wielorybim to taka wyprawa uszczupli nasz portfel o $360 od osoby. Przeżycia są jednak niesamowite, jest to doświadczenie na całe życie i naszym zdaniem warto. Na szczęście plażowanie w Austraii jest za darmo, a słońca jest pod dostatkiem. Co jest cudowne w rafie Ningaloo to to, że możemy ją odkrywać wprost z brzegu. Po prostu wchodzimy do wody z maską i rurką, a już po kilkunastu metrach zaczyna się inny, podwodny świat wypełniony koralem i różnobarwnymi rybkami. Zdecydowanie zakochaliśmy się Australii. Naszym zdaniem warto odkryć jej mniej zaludnione rejony, gdzie doświadczamy bliskości natury i zwierząt. Nierzadko gdy oglądamy zachód słońca nad oceanem okazuje się, że tuż obok podziwia go również gromadka kangurów. Foto 1 Journey 1 Life 2 People Maitland, Nowa Południowa Walia opisuje Emilka (Australopitek) Maitland składa się z miasta i otaczających je dzielnic. Nie ma dużej różnicy pomiędzy wynajmem domu w samym centrum Maitland, a w innych jego częściach. Na przykład w Lorn – starej i ostatnio bardzo modnej dzielnicy, wynajem dwusypialniowego domu kosztuje $350 tygodniowo, a w oddalonym o 10 kilometrów dalej East Maitland wynajem domu z trzema sypialniami to $370. Wynajem pokoi nie jest tutaj bardzo popularny, ale jeżeli już się zdarza, to zazwyczaj tygodniowy czynsz nie przekracza $200. W Maitland i Newcastle, podobnie jak w Sydney, korzystamy z karty Opal. Można jej używać w pociągach i autobusach. Ceny przejazdów są takie same, jak w Sydney. Ja osobiście najczęściej jeżdżę pociągiem z Maitland do Newcastle – do pracy i do domu. Przejazd na tej trasie kosztuje $ Linia Hunter jest najbardziej popularną linią lokalną, ale przy użyciu Opala można również jechać do Sydney (polecam, piękne widoki!). Jedno, co odróżnia transport publiczny Maitland od Sydney, to że w Maitland nawet w godzinach szczytu nie ma tłoku. Ceny jedzenia w Maitland wcale nie są niższe niż w dużych miastach. Śniadanie w dobrej knajpce ze zdrowym jedzeniem to koszt około $20 (kawy nie wliczam!), a w bardziej tradycyjne – jaja na boczku i obowiązkowo z fasolką $15. Lunch można w Maitland, zjeść za średnio $18 w restauracji i $12 „u Chińczyka”. Restauracji w Maitland jest całkiem sporo, większość to hotele i puby, więc i menu jest podobne – oczywiście króluje wielki kotlet z kurczaka z frtykami i sałatką. Codziennie w różnych hotelo-pubach są promocje i wtedy ukochane danie maitlandczyków można zjeść za $12-15. Nasza ulubiona restauracja to tajska Maneeya, w której cena pad thai’a to $20. Kawa to podstawa! W kawiarni, srednia kawa kosztuje $ Za dodanie mleka roślinnego zazwyczaj cena wzrasta o 50 centów. Maitland położone jest pomiędzy Newcastle, a Hunter Valley. W samym Maitland główną rozrywką jest kino. Ceny wahają się od $10 do $14 dla osoby dorosłej. My jednak wybieramy przyrodę i w weekendy wolimy jeździć do Port Stephens, na plażę lub camping. Naszych gości natomiast zabieramy na testowanie wina do pobliskich winiarni – czas tam mija niezwykle miło. Równie chętnie pokazujemy promenadę w Newcastle i spacerujemy wzdłuż Nobby’s Beach aż do latarni. Dla mnie atrakcją jest aktywność fizyczna. Siłownie w Maitland to koszt $14-17 tygodniowo i w to wlicza się trening własny oraz dostęp do zajęć grupowych. Cena pojedynczyh zajęć waha się w zależności od ich rodzaju. Np. wejście na zajęcia zumby kosztuje $10, jogi – $15, a barre attack $20. Foto Australopitek Palm Cove, Queensland opisuje Angelika (A Dreamer’s Life) Wybraliśmy Palm Cove jako miejsce idealne do pracy przez 3 miesiące w restauracji, pracy wymaganej do przedłużenia wizy Work and Holiday o kolejne 12 miesięcy. Palm Cove zaliczane jest do tzw. Northern Beaches, czyli plaż położonych na północ od Cairns. Komunikacja publiczna obsługiwana jest przez TransLink tak jak w całym Queensland. Z tego co zauważyłam Go cards tak rozpowszechnione w Brisbane tutaj raczej nie są używane. Nadal można bez problemu kupić bilet u kierowcy. Cena biletu z Palm Cove do Cairns to koszt $5,70, autobus jedzie około godziny. Palm Cove jest maleńką miejscowością więc jeśli uda nam się zamieszkać w bliskiej odległości od pracy, warto rozważyć zakup roweru. Używany na Gumtree można kupić już za $50. Ulice są przystosowane do potrzeb rowerzystów, w wielu miejscach są ścieżki rowerowe. Pamiętajcie, że w Australii obowiązkowe jest noszenie kasków, za ich brak grożą dosyć wysokie mandaty. Jeśli chodzi o mieszkanie to ceny wahają się w zależności od standardu, jednak są zdecydowanie tańsze niż w Brisbane czy Cairns. Za duży dwuosobowy pokój w domu w basenem, pięknym tarasem, klimatyzacją i ogrodem płaciliśmy $250 za tydzień. Rachunki były już w cenie. Znajoma wynajmowała studio nieco dalej od centrum Palm Cove za $160, inna w tej samej cenie wynajmowała pokój w dzielonym domu w niedalekiej Clifton Beach. Myślę, że ceny w Northen Beaches wahają się od $150-$250 za tydzień. Wielu backpackersów rozpoczyna swoją przygodę w Palm Cove w hostelu położonym zaraz przy głównej ulicy. Jest tam opcja wynajmu pokoju na dłuższy okres (maksymalnie 2 miesiące) i czynsz wynosi $200 za tydzień przy czym mówimy o łóżku w pokoju dzielonym. Słyszałam negatywne opinie o właścicielu więc raczej nie polecam. Jedzenie na mieście jest stosunkowo drogie. Palm Cove jest miejscowością bardzo turystyczną więc i ceny są odpowiednio wysokie. Za pizzę w popularnej restauracji Portofino zapłacimy ok $25, za posiłek główny już $30 wzwyż. Kawa oscyluje w granicach $ W food courtach zjemy taniej, sushi rollki za $ chińszczyzna za $ pizza na wynos $20, fish and chips za $13. W okolicy kin jest bardzo mało przez co ceny biletów są kosmicznie drogie. Wejście na seans kosztuje $ co jest sporym wydatkiem jeśli weźmiemy pod uwagę, że w Brisbane za bilet płaciliśmy $ Cairns jest świetną bazą wypadową na rafę oraz do lasu deszczowego. Skyrail to bardzo popularna atrakcja – kolej linowa, której ponad 7 kilometrowa trasa wiedzie nad samiutkim lasem deszczowym. Warto do Kurandy pojechać Skyrail a wrócić zabytkowym pociągiem, z którego rozpościerają się przepiękne widoki. Koszt Skyrail oraz pociągu to ok. $120. Wycieczki na rafę kosztują około $170 i idą wzwyż w zależności od tego czy korzystamy tylko ze sprzętu do snorklingu czy nurkujemy. Wycieczka promem na pobliską Fitzroy Island kosztuje $ za podróż w dwie strony. Dodatkowe informacje na temat cen w Australii znajdziesz klikając tu. Jeśli macie dodatkowe porady lub wskazówki na temat życia w Australii podzielcie się nimi, a na pewno komuś się przydadzą. 21 Dzięki, że zaglądasz na bloga. Jeśli spodobał Ci się wpis, nie wahaj się zostawić po sobie śladu w postaci komentarza lub polecenia tekstu przez kliknięcie serduszka. Każdy pozytywny sygnał od czytelników motywuje mnie do dalszego pisania bloga. - Karolina To zwierzę stało się symbolem Australii. Kangur jest nawet w jej herbie. Gdzie żyją kangury? Jak wyglądają kangury? Co jedzą kangury? Poniżej odpowiadamy na te pytania. Słynny odkrywca, kapitan James Cook, gdy dotarł do wybrzeży Australii w 1770 r., miał ponoć zapytać napotkanego aborygena: Jak nazywa się to dziwne, skaczące zwierzę? „Kangaroo” – usłyszał w odpowiedzi. W języku pierwotnych mieszkańców Australii słowo to nie oznaczało jednak nazwy niezwykłego stworzenia, lecz po prostu „Nie rozumiem cię”. Gdzie żyją kangury Mianem kangurów potocznie określa się duże gatunki torbaczy z rodzaju Macropus: kangura rudego, szarego, olbrzymiego i antylopiego. Rodzina kangurowatych jest jednak dużo liczniejsza, obejmuje ponad 60 gatunków. Należą do niej również zwierzaki o tak dziwacznych nazwach jak: walabie, drzewiaki, pazurogony, filandry, pademelony czy kuoki. Żyją w Australii i Papui-Nowej Gwinei. Na kontynencie australijskim żyje ok. 60 mln kangurów, a więc trzykrotnie więcej niż ludzi. W naturalnym środowisku są jednak płochliwe i niełatwo je wytropić, nawet aborygenom, którzy ogon tego zwierzęcia uważają za przysmak. Chociaż przejechałem samochodem terenowym kilkanaście tysięcy kilometrów australijskiego buszu, kangury „na dziko” widziałem nie więcej niż paręnaście razy. Znajomy franciszkanin, o. Tomasz Bujakowski, zabrał mnie kiedyś na jeden z cmentarzy w Perth, półtoramilionowym mieście na zachodnim wybrzeżu Australii. – Koniecznie weź ze sobą aparat fotograficzny – przekonywał. Cmentarz okazał się przyjazną oku łąką z rzadka porośniętą eukaliptusami. Nagrobki miały postać metalowych tabliczek identycznych rozmiarów ukrytych w niewysokiej trawie. Kiedy tam przybyliśmy, właśnie dobiegał końca pogrzeb. Gdy zniknęła ostatnia osoba konduktu żałobnego, rozpoczął się wyścig… kangurów, których były tam całe stada, po pozostawione kwiaty. Co ciekawe, nikomu nie przeszkadza to „plądrowanie” grobów, a mi umożliwiło obserwację tych zwierząt z bliska. Co jedzą kangury Kangury to roślinożercy, wyspecjalizowani w żywieniu się przede wszystkim trawą i ziołami. Jedzą też liście krzewów, a czasami nawet grzyby. W niewoli jedzą owoce. Mają specyficzny układ zębów, dopasowany do pokarmu roślinnego. Zęby trzonowe kangurów ścierają się wskutek zużycia i są zastępowane przez nowe trzonowce, wyrastające przez całe życie. Układ pokarmowy kangurów wygląda podobnie jak u przeżuwaczy. Czy kangury jedzą mięso? Kangury są ściśle roślinożerne. Ich organizm nie jest przystosowany do trawienia pokarmu pochodzenia zwierzęcego. Dlatego nie są w stanie zjeść mięsa. Mięso kangurów natomiast jest jadalne. Jednak aby je kupić w Australii, trzeba się trochę nachodzić. W ciągłej sprzedaży mają je nieliczne sieci supermarketów. Australijczycy niechętnie po nie sięgają, mimo że jest bardzo zdrowe (zawiera mało tłuszczu). Najwyraźniej nie chcą zjadać swojego „herbowego” zwierzęcia. Jak wyglądają kangury Największym torbaczem, a zarazem jednym z najpiękniejszych spośród kangurów z racji rdzawego futra jest kangur rudy (Macropus rufus). Dorosłe samce są wyraźnie większe od samic, ważą do 90 kg, a wyprostowane mogą mieć nawet 2 m wzrostu. „Rudzielce” zamieszkują wyjątkowo niegościnne środowisko: suche tereny we wnętrzu kontynentu. Potrafią długo wytrzymać bez wody, czerpiąc wilgoć ze zjadanych roślin. W poszukiwaniu wodopojów przemierzają wiele kilometrów – rekordowy dystans wyniósł 216 km. W sąsiadującym z Pustynią Strzeleckiego Parku Narodowym Sturta, który jest wręcz królestwem kangura rudego, korzystają one z licznych sztucznych zbiorników dla bydła. W parku znajduje się tzw. Dog Fence – jeden ze słynnych australijskich płotów wybudowanych dla ochrony krów przed dingo i psami. Ogrodzenie ma wysokość do półtora metra, nie stanowi więc poważnej przeszkody dla kangurów. Wystarczy jeden skok i mają zapewniony dostęp do wody i spokój od drapieżników. Kangur rudy jest bardzo wrażliwy na zmiany środowiska. Gdy pożywienia i wody nie brakuje, jego liczebność gwałtownie rośnie, ale w latach bezdeszczowych drastycznie spada. Tylko w czasie suszy w 1982 r. w Parku Narodowym Kinchega populacja tych zwierząt zmniejszyła się o połowę. Jak poruszają się kangury? Mimo że kangury żyją na terenach, w których jest niewiele wody, świetnie pływają, poruszając wszystkimi kończynami niezależnie od siebie. Ciekawy przypadek zanotowano w grudniu 2007 r. niedaleko miasta Torquay w stanie Wiktoria. Kangur szary (nieco mniejszy od rudego i zamieszkujący południe Australii) pokonał wydmę, następnie plażę i wskoczył do wody. Około 100 m od brzegu zaatakował go rekin. Z obserwacji wynika, że kangury regularnie przemieszczają się między wyspami (np. między Deal i Erith w stanie Wiktoria) oraz między wyspami i stałym lądem. Kangury nie potrafią normalnie chodzić, za to skoczkami są doskonałymi. Jednym susem pokonają 8 m w dal i 3 m wzwyż. Podczas skoku długi na ok. 1,2 m ogon pomaga im utrzymać równowagę. W czasie stania służy za podporę. Podczas żerowania stanowi „piątą nogę” – zwierzę podpiera się ogonem i przednimi łapami, by w tym czasie przesunąć do przodu tylne kończyny. Warto wiedzieć, że skaczące z pełną prędkością kangury zużywają mniej energii niż inne zwierzęta podobnej wielkości poruszające się normalnie. Rekord prędkości wynosi 64 km/godz. i należy do kangura olbrzymiego (Macropus giganteus), który jest jednak mniejszy od rudego. Żyje na wschodzie kontynentu, w bardziej wilgotnym środowisku niż rudy, i jest od niego częściej widywany. Kangur – rozmnażanie Najpopularniejszą dyscypliną wśród kangurów jest kickboxing, uprawiany podczas rywalizacji o samice. Pojedynki wyglądają komicznie, choć przegrani czasem odchodzą mocno poturbowani. Zwycięzca musi jednak dostosować swoje zapędy do pory roku i dostępności pożywienia. W sprzyjających warunkach samice stają się maszynkami do rozrodu – jeden maluch biega już swobodnie, drugi nie opuszcza torby, a trzeci macicy. Ciąża trwa ok. 35 dni, a dzień lub dwa po urodzeniu kangurzyca może zajść w kolejną. Pikanterii temu zjawisku dodaje fakt, że samica ma dwie pochwy i dwie macice. Sam poród jest wysiłkiem dla kangurzątka, które ma rozmiar fasoli i samo musi pokonać długą drogę do torby. Tam przyczepia się do sutka i pozostaje tak przez kilka miesięcy. Samica produkuje mleko o różnych składach – inne dla maleństwa w torbie, inne dla malucha, który tylko czasem do niej zagląda. Kiedy susza się przedłuża, może ona wstrzymać rozwój embrionu do momentu, aż pożywienia będzie pod dostatkiem. Wypadki z udziałem kangurów O zmierzchu i w nocy kangury wychodzą na żer i często padają ofiarą wypadków samochodowych. W Australii tego typu incydenty nie stanowią już sensacji. Kiedyś wracająca z weekendu rodzina potrąciła kangura tak nieszczęśliwie, że ten zbił przednią szybę i wpadł na tylne siedzenie, gdzie siedziały dzieci. Miotając się tam i boksując na oślep, mocno je poturbował – maluchy trafiły do szpitala. Znane są przypadki, gdy po śmierci kangurzycy maluchami zaopiekowały się psy. W 2008 r. w pobliżu Bells Beach na południowym wybrzeżu Australii wyżeł uratował 4-miesięczne kangurzątko. Jego matka zginęła potrącona przez samochód, maleństwo pozostało jednak żywe w torbie. Pies ostrożnie ujął znajdę za kark i zaniósł swojej właścicielce. Kangurek trafił do Jirrahlinga Wildlife Sanctuary. Kangur jako szkodnik? W końcu XIX w. w niektórych miejscach Australii trąbiono na alarm, że kangury znajdują się na wymarciu. Z kolei w latach 40. i 50. ubiegłego wieku uznano je za szkodniki i zastępy wynajętych przez rząd myśliwych tępiły je na równi z królikami. Skutek był taki, że kiedy w 1964 r. tworzono rezerwat Tidbinbilla niedaleko Canberry, dopiero po trzech miesiącach zauważono pierwszego kangura. Dziś trwa „eksplozja demograficzna”. Na kilometrze kwadratowym australijskiej ziemi żyje średnio ponad 360 kangurów szarych. Farmerzy znów uważają je za szkodniki. Od lat odbywa się masowy odstrzał (do 7 mln rocznie) czterech podstawowych gatunków: kangura rudego, szarego, olbrzymiego i antylopiego (Macropus antilopinus). Ten ostatni zamieszkuje lasy eukaliptusowe na północy Australii. Kangury ostrzegają się nawzajem przed niebezpieczeństwem tupaniem słyszalnym ze sporej odległości. Grupa naukowców w Australii pracuje nad urządzeniami, które będą emitować takie tupanie. Mają one być instalowane w pobliżu farm hodowlanych i pól uprawnych, gdzie kangury są, delikatnie mówiąc, bardzo niemile widziane. Kangur – ciekawostki Gdzie je oglądać? Kangury w Australii są wszędzie, nawet w parkach dużych miast. Miejsca gwarantujące spotkanie z większym stadem dzikich kangurów: Sydney: plaże Pebbly lub Depot, obok Parku Narodowego Murramarang na wschodnim wybrzeżu Australii (4 godz. jazdy). Melbourne: miejscowość Anglesea, niedaleko od Geelong, (ok. 1,5 godz. jazdy). Adelajda: Wyspa Kangura (ok. 2 godz. jazdy + prom 60 min). Brisbane: Wacol, Wolston House (30 min jazdy). W Polsce kangury żyją w wielu ogrodach zoologicznych, są też hodowane. W obsłudze przypominają królika: lubią trawę i siano, nie gardzą też chlebem i marchewką. Jak zorganizować wyjazd do Australii z dziećmi Pomysł wyjazdu do Australii pojawił się bardzo spontanicznie. Jak prawie każdy nasz wyjazd „zainspirowany” został odpowiednią promocją linii lotniczej. Tym razem Air China otworzyła możliwość dostania się na Antypody w średniej cenie przelotu do Tajlandii. Nie powiem, abyśmy wiedzieli wcześniej coś więcej o Australii. Sam fakt odwiedzenia terra incognitai poznania jej własnymi zmysłami, to już wystarczający powód. No, ale przecież to tak daleko! Będziecie męczyć siebie i dzieci! Oni nic z tego nie będę pamiętać! Nic nie wypoczniecie – stukali się w głowę ludzie. No tak, to trochę egoistyczna decyzja. Z drugiej strony cały rok robimy wszystko dla dzieci 24h na dobę, więc może urlop będzie bardziej dla nas? Czy to takie nadużycie? Nie sądzę. I fakt, podróż z dziećmi jest czymś zupełnie innym, rządzi się innymi zasadami i wymaga innej organizacji. Mieliśmy wprawdzie już trochę doświadczenia w tej materii jako, że nasz pierworodny syn nim skończył 3 lata odwiedził w podobnej podróży Gruzję, Meksyk i RPA. Niemniej wiosną 2017 na pokładzie pojawił się kolejny mały człowieczek, co sprawy bynajmniej nie ułatwia. Teraz nawet wyjście na spacer do parku wymaga niemałej logistyki, a wspomnienie organizacji samotnej wyprawy do Etiopii czy Peru które robiliśmy kilka lat temu wydaje się nam teraz „wyzwaniem” na miarę pakietu all inclusive w Egipcie. Planowanie trasy po Australii Bez wątpienia wchodzenie w takie tematy małymi krokami dodaje pewności siebie. Bukujemy zatem bilety, a martwimy się potem wierząc, że jakoś to będzie. Wiemy już, że podstawą podróży z dziećmi jest wybór kraju, w którym wypożyczymy samochód i możemy się swobodnie i bezpiecznie przemieszczać. Australia z pewnością należy do takich miejsc. Druga sprawa to upewnienie się, że jest tam co robić. Jeśli, jak w przypadku naszego ostatniego kierunku, kraj ma morze, góry, ciekawe miasta, parki narodowe, pustynie i lasy to wiemy, że nuda nas nie dopadnie. Trzecia rzecz to możliwość zaplanowania ciekawej trasy zarówno dla dzieci jak i dla dorosłych. Znów nie mamy problemu, bo przemieszczanie się wzdłuż linii oceanu daje nam nieograniczony dostęp do pięknych plaż, gdzie dzieci czują się najlepiej, a jednocześnie nie oddalamy się zbytnio od miejsc gdzie i my chcemy się wdrapać. Podstawy więc są doskonałe, dokręcamy plan dalej! Zarówno przylot jak i wylot mamy z Brisbane, co okazuje się pierwszym planistycznym błędem. Chcąc jeździć po Australii najlepiej wziąć muliticity i wracać z innego miejsca niż się przyleciało chyba, że robi się trasę po całym kontynencie. Podróżowanie wzdłuż wschodniego wybrzeża jak w naszym przypadku nie pozwala na zrobienie ciekawej pętli, gdyż większość „atrakcji” znajduje się w pasie 150 km od wybrzeża Pacyfiku i jest mocno rozrzucone. Odległość pomiędzy Brisbane a Sydney to prawie 1000 km, więc powrót tą samą drogą nie widzi nam się w ogóle. Aby zapewnić komfort najmłodszym podróżującym ustawiamy sobie limit na 350 km dziennie w dniach tranzytowych, a zatrzymujemy się najczęściej na 3 noclegi w jednym miejscu. I tak nasza niemal 4-tygodniowa trasa składa się z 9 „weekendów” każdy gdzie indziej. Do tego dochodzi przelot do Cairns i z powrotem do Brisbane. Dni transferowe dzielimy na dwa odcinki, z przerwą na lunch i plażę, do której w Australii zawsze blisko. Jak rezerwować noclegi w Australii Miejsca noclegowe to chyba najważniejszy temat poza tym jak przetrwać lot, o którym będzie później. Jedyne sensowne opcje wg kryterium jakość do ceny znaleźliśmy na Airbnb kierując się przede wszystkim wielkością miejsca. Nie oszukujmy się, nasz wyjazd do Australii to żadna tam podróż czy zwiedzanie, to przede wszystkim późne wstawanie, snucie się pół dnia po domu by wyjść i zobaczyć dwa miejsca z pięciu planowanych i zobaczyć zachód słońca z plastikową łopatką w ręce. Wieczorem zaś odkorkowanie australijskiego sauvignon blac i spojrzenie z nostalgią na krzyż południa na nieboskłonie. Cóż więc ważniejszego niż duże, w miarę przestronne miejsce, z kuchnią i fajnym widokiem za oknem? Jeśli nie możemy zdobywać szczytów świata to niech zwykły dzień będzie niezwykły. Bo poczuć się na końcu świata nawet w pozornie błahych codziennych okolicznościach jest bardziej esencją naszych wyjazdów niż kolejna odhaczona katedra czy muzeum. Jak przetrwać lot do Australii z dziećmi Przelot do Australii z dziećmi od samego początku jawił mi się jako pasmo nieszczęść i spędzał sen z powiek. W finale okazało się to jednak całkiem znośne. Szczęśliwie złożyło się, że nasz promocyjny przelot składał się z dwóch 10-godzinnych odcinków rozdzielonych 11-godzinnym layoverem w Pekinie. Ta długa przesiadka okazała się strzałem w dziesiątkę i pozwoliła na zorganizowanie dzieciom zwykłego dnia i „wybiegania się” przed długim lotem. Na trasie powrotnej zorganizowaliśmy sobie nawet wycieczkę na Chiński Mur korzystając z 24 godzinnej wizy transferowej. Co istotne również lotnisko w Pekinie posiada hotele na godziny na terminalu, gdzie można się zresetować, przebrać, wykąpać i wyciszyć dzieci z dala od lotniskowego zgiełku. Godziny wylotów mieliśmy takie, by na każdym starcie kłaść dzieci spać wg ich zegaru biologicznego niezależnie od strefy czasowej, w której się znajdowaliśmy. Nie bez znaczenia jest również zamówienie kołyski dla niemowlęcia kilka dni przed wylotem. Dawało nam to gwarancję całego rzędu siedzeń w miejscu gdzie można wyprostować nogi. Warunkiem jest max 10 kg dziecka i 75 cm wzrostu. Niedogodne godziny wylotów, które były praprzyczyną promocyjnej ceny, spowodowały niskie obłożenie lotów, co z kolei pozwoliło nam na zajęcie kolejnych wolnych miejsc i spędzenie czasu śpiąc w pozycji horyzontalnej. Nie taki zatem diabeł straszny i nasz horrendalny grafik lotów okazał się dla dzieci znacznie lepszy niż potencjalnie bezpośrednie 16-godzinne przeloty, jakie zaczynają ostatnio kursować między Europą a Australią. Po przylocie byliśmy w stanie wynająć auto i zrobić zakupy po drodze. O jetlagu nie było mowy. Na lotniskach pomogło nam również korzystanie z VIP lounge’ów, do których uzyskaliśmy wstęp dzięki karcie Diners Club zapewniającej przed wszystkim ubezpieczenie podróżne. W finansach bezkonkurencyjna okazała się również karta Revolut pozwalająca na oszczędności na przewalutowaniach. Australia okazała się wyjątkowa. Przyjęła nas nieskażoną naturą, bezludnymi plażami, niesamowitym gwieździstym niebem, bezkresną przestrzenią. Również przemyślanymi, przyjaznymi ludziom miastami, ciekawą nowoczesną architekturą, zróżnicowaną kuchnią z całego świata i równie kosmopolityczną mieszanką społeczną. Było miło obserwować harmonijne życie w kraju szanującym różnorodność i naturę oraz umożliwiającym korzystanie z niej pełnymi garściami. Finalnie jak nam wyszło można jeszcze zobaczyć na krótkim video: Australian road trip video

jak żyją dzieci w australii